niedziela, 22 września 2019

znowu ta Szwajcaria, post wcale nie bardzo śmieszny

Znowu, w sierpniu 2019 roku, wylądowaliśmy w Szwajcarii- to znaczy- nie teleportowaliśmy się tam, nie polecieliśmy samolotem z bagażem podręcznym, ale przez kilka tygodni ciężko pracując,  żmudnie pakowaliśmy nasz dobytek, albo jego część, tę bardziej przydatną do życia, po czym wysłaliśmy ją z miesięcznym wyprzedzeniem do magazynu w Niemczech, żeby potem kompletnie nie pamiętać co zabraliśmy, a czego nie. 
To była najbardziej skomplikowana logistycznie przeprowadzka "ever". Dlaczego? Bo 1. od decyzji mieliśmy w sumie 7 tygodni do dnia, kiedy mój mąż miał zacząć pracę w Bazylei, 2. dzieci miały opłacone i zarezerwowane miejsca na swoich ulubionych obozach letnich i absolutnie poza dyskusją były jakiekolwiek próby zmiany ich planów, choć wakacje w Bazylei kończyły się już 12 sierpnia, a nie tak jak w Polsce, 2 września, 3. chcąc pogodzić ich i nasze priorytety, zgodziliśmy się na kuriozalne rozwiązanie dwukrotnego przejazdu z Warszawy do Bazylei, z objazdem aż pod Zakopane! 4. Po drodze dałam się okraść internetowym oszustom, więc w ramach przeprowadzki zaliczyłam jeszcze kilkugodzinne składanie zeznań na komisariacie. 5. Zamieszkaliśmy najpierw przez 11 dni w dwóch pokojach hotelowych, potem 3 tygodnie w mieszkaniu tymczasowym, w którym Janek ze Staśkiem zmuszeni byli spać wspólnie na łożu małżeńskim pod jedną kołdrą, (czyli w praktyce wyglądało to tak, że każdego ranka jeden spał pod kołdrą, a drugi bez kołdry. Zlitowałam się i wykopałam im z "torby numer pięćdziesiąt trzy" duży koc. Przetrwali),  by wreszcie dotrzeć do naszego nowo wynajętego mieszkania, którego najem zgodziliśmy się opóźnić o miesiąc, narażając się na wcześniej wymienione trudności, po to, by fachowcy mogli zainstalować sprzęt kuchenny i dokonać niezbędnych poprawek. Ku naszemu zaskoczeniu odkryliśmy, że pan instalator pojawił się w mieszkaniu w dniu naszej przeprowadzki, więc kuchnia nie ma żadnego sprzętu elektrycznego, a drzwi między salonem, a biurem- też nie ma :), bo tego samego dnia pojawił się stolarz, by, jak to się mówi, zdjąć miarę :). W momencie pisania tego posta drzwi nadal nie ma, ale przynajmniej jest obietnica, że pojawią się do połowy października.
Dlaczego mieszkaliśmy w hotelu- otóż na kilka dni przed wyjazdem z Polski otrzymaliśmy wiadomość, że mieszkanie tymczasowe, które nam zaoferowano, będzie jednak niedostępne... a innych wolnych mieszkań brak. Cudownie. Mieszkałam więc w pokoju hotelowym przetrzymując pod łóżkiem kasze w pudłach, ekspres do kawy, ręczniki i inne dziwne rzeczy, które zabraliśmy z domu "ostatnim rzutem". Zanim się wyprowadziliśmy musieliśmy wyprawić naszej córce ósme urodziny. Na tydzień przed przeprowadzką. Urodziny się udały, ale kosztowały dodatkowy załadunek  w aucie.
Po dwóch dniach uruchomiono kuchnię, tylko nikt nie zauważył, że... nie działa wyciąg nad kuchenką. Taki szczegół, zwłaszcza, że z kuchni wolno mi było skorzystać dopiero po kontroli elektryka. Elektryk kuchnię skontrolował, ale wyciąg przeoczył. Do dziś działam w kuchni bez wyciągu, ale zrobiłam takie zamieszanie w administracji, że jutro o 9.00 przyjdzie elektryk (już trzeci do tego samego wyciągu) i ostatecznie NAPRAWI USTERKĘ.
Ale to wszystko szczegóły, a mówiąc kolokwialnie "pierdoły". Najważniejsze, że wszyscy zdrowi, cali, w miarę zadowoleni z życia. I bardzo tęskniący. No tak- tęsknota wyziera z nas każdym porem.
Za rodziną, przyjaciółmi, sąsiadami (BARDZO!), kolegami i koleżankami. Da się ją trochę przytłumić dzięki Messengerom i Whatsapp-om ale to nie to samo. Chociaż mieszkając na skraju warszawskiej Białołęki czuliśmy się czasem chyba bardziej "z dala" od aktywnego życia towarzyskiego, niż tutaj, 1200 km od Warszawy. Jest w tym coś niezwykłego, że ta odległość tak aktywizuje, że się człowiek umawia na te kawy i ciasta i wino, kolacje i śniadania. A tak- jak jest na miejscu, to mu się wcale nie chce, "mamy czas", aż mija pięć lat, a tej kawy jak nie było tak nie ma...
Ja chyba potrzebowałam wyjechać, choć nie wiem, czy na tak długo i tak daleko. Dobrze mi tu pomimo różnych wyzwań i trudności. Miejsce znam i szczerze, to niewiele się tu zmieniło... Upajam się jazdą na rowerze, niewielkimi odległościami, bliskością urzędów, instytucji, szkół i sklepów, chodzeniem na piechotę i jazdą na odkopanej i dawno nie używanej hulajnodze... Do lekarza mam 5 minut na piechotę i jak tylko pomyślę o rejestracji w systemie Medicover i najbliższej wolnej wizycie "u lekarza na Grochowie, za 24 dni, o 8.30", (tak, zdecydowanie łatwiej było dostać się do pediatry w NZOZ-ie na Białołece, niż w prywatnym Medicoverze), to naprawdę doceniam wygodę mieszkania w niedużym mieście.
Doceniam też to, że zdecydowaliśmy się na mieszkanie. Oczywiście trzeba mieć wzgląd na sąsiadów, ale znowu trafili się nam super ludzie, w dodatku okazało się, że mamy wspólnych przyjaciół (małe miasto!), ale przy dzieciach, których całe dnie nie ma w domu, a jak są to siedzą w swoich pokojach i wychodzą tylko, gdy  czują zapach jedzenia na stole, posiadanie mieszkania ma tak wiele zalet- szczególnie jeśli kopanie chwastów nie jest twoją pasją i nie lubisz poświęcać na sprzątanie domu całego  dnia, choć, oczywiście za naszym domkiem tęsknię! (szczególnie za kuchnią- z wyciągiem :)). 
W następnym poście spróbuję napisać dlaczego zgodziłam się na kolejny zagraniczny kontrakt mojego męża i wyprowadzkę (kolejną) do Bazylei. Tymczasem, miłego wieczoru!


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz