poniedziałek, 23 września 2019

Dlaczego znowu?

Ha, zdaję sobie sprawę, że na trochę ponad 2 tygodnie przez kolejnymi wyborami w Polsce, chcąc zachować apolityczny charakter bloga, będę się musiała nieźle nagimnastykować, tłumacząc dlaczego zdecydowałam się na kolejną wyprowadzkę do Szwajcarii.
Pozornie sprawa wydaje się prosta. Mąż dostaje ofertę pracy w "bogatym" zachodnim kraju, więc rodzina, pragnąc poprawić sobie status materialny, pakuje manatki i jedzie "za chlebem" do "lepszego świata". W naszym przypadku jednak sytuacja jest troszkę bardziej skomplikowana.
Po pierwsze, nie szukaliśmy aktywnie ofert pracy za granicą. Oferta pojawiła się na początku jako dość odległa opcja, a następnie w bardzo krótkim czasie się skonkretyzowała, idąc w zupełnie nieoczekiwanym kierunku i trzeba było powiedzieć "tak" lub "nie".
Po drugie, nasz status materialny był na tyle dobry i wystarczający w Polsce (no, wiadomo zawsze może być lepszy i lepszy i tak w nieskończoność), że nie mobilizował nas do jakichś poważniejszych ruchów związanych ze zmianą pracy lub miejsca zamieszkania.
Po trzecie, w naszym rodzinnym życiu wszystko toczyło się w miarę stabilnie i w tempie pozwalającym na urlop czy krótką przerwę.
NO WIĘC PO CO WAM TO WSZYSTKO?
Ha, my sami nie wiemy po co. Ale wiemy, że nie warto mówić "nie bo nie". Nie warto bać się nowych wyzwań, warto doświadczać zmiany, nawet jeśli ma ona swoją cenę- stanie w miejscu też ma swoją cenę- pamiętajmy o tym!
Najważniejsze było jednak to, że albo RAZEM zostajemy w Polsce, albo RAZEM wyjeżdżamy do Szwajcarii.
Kiedyś, przy okazji jakichś "grubszych" przemyśleń, świadomie ustaliliśmy, że RODZINA będzie dla nas priorytetem, to, żeby spędzać czas razem, żeby to były przyjemne chwile (to jest trudne, uwierzcie mi!), żeby wykorzystać te ostatnie kilka dosłownie lat zanim dzieci pójdą w świat. Jak nie będą chciały pójść, to je wypchniemy, ale i tak w końcu pójdą. A wtedy- wtedy bazować jako rodzina możemy już tylko na tym, co udało się nam zbudować wcześniej.
Korporacje mają to do siebie, że najczęściej wiele wymagają, chcą pracownika "całego" na 120 procent, z jego pełnym zaangażowaniem i dyspozycyjnością. To niestety stoi zawsze w konflikcie mniejszym lub większym, z deklarowanymi wartościami i priorytetami. A czas ucieka. No więc tak sobie to wymyśliliśmy,  że przecież czasu nie da się cofnąć i "zrobić to jeszcze raz tylko lepiej", to jest wracać wcześniej z pracy, spędzać z dziećmi wolny czas, uczyć ich najpotrzebniejszych w życiu rzeczy itd..., więc trzeba jak najlepiej wykorzystać ten, który został. A tata "weekendowy" z tego zadania wywiązać się nie da rady. Więc jeśli wyjazd, to RAZEM.
Taki wyjazd ma swoją cenę i to niemałą. Bardzo dużo trzeba zostawić, z wieloma się rozstać, nie da się zabrać domu i nowego tarasu, nawet samochód musiałam sprzedać. Książki też zostały...
Pracę w organizacji charytatywnej muszę zbudować a zupełnie innej strukturze, co nie jest łatwe, zwłaszcza przy kolosalnym zmęczeniu i braku urlopu.
Ale nie żałuję. Potrzebowałam nowego początku. Zobaczyłam dla moich dzieci nowe szanse i możliwości i one chyba też. Janek najszybciej- wiadomo, bo najstarszy. Stwierdził, że choć do matury uczyć się będzie rok dłużej, to przynajmniej będzie mógł uczyć się w wielokulturowym środowisku, w trzech językach, z praktykami w prawdziwych laboratoriach firm farmaceutycznych, w szkole, w której tak jak przedmioty ścisłe, ważne są również przedmioty artystyczne, dla niego bardzo w tym okresie życia ważne. Zobaczył szansę, okazję. Naturalnie brakuje mu przyjaciół i widać to choćby po tym, jak dużo czasu spędza na komunikatorach. Ma swoje frustracje i swoje małe sukcesy. Ale ja widzę zapał do pracy, nauki, widzę, że on zobaczył sens w uczeniu się, a nie "zakuwaniu". Doskonale dostrzega różnice pomiędzy swoim "renomowanym" warszawskim liceum, a obecnym, szwajcarskim gimnazjum (czyli liceum). Zobaczymy na ile wystarczy tego zapału. Ale coś się niewątpliwie ruszyło, bo zaczął treningi szermierki, po 5 latach przerwy i zaczął treningi biegowe. Póki co, jestem dobrej myśli.
Stasiek nie był szczęśliwy i muszę przyznać, że to Janek wykonał wspaniałą robotę, by wytłumaczyć Staśkowi jakie nowa sytuacja daje mu szanse i możliwości. Poszedł do prywatnej szkoły z wykładowym angielskim. Trochę nie mieliśmy wyjścia, bo wiek gimnazjalny to najgorszy okres dla wyjazdu do Szwajcarii i wejściu w ich system edukacyjny. To czas intensywnej  "segregacji" uczniów, na tych, którzy mają pójść do gimnazjum, technikum czy zawodówki. Chcieliśmy oszczędzić mu tych stresów, zwłaszcza, że jego niemiecki nie był na poziomie pozwalającym na naukę w klasie niemieckojęzycznej. Zostałby cofnięty o rok, a tego też chcieliśmy uniknąć.  Jako alternatywę w Polsce mieliśmy "owoce" deformy pani Zalewskiej i totalny chaos, zatłoczone szkoły, bałagan, ósmą klasę polegającą na uczeniu się "do egzaminu", a nie, by czegoś mądrego się nauczyć. I tak oto Stach dojeżdża do szkoły na 7.30, na dodatkowy niemiecki i angielski, chyba nigdy nie zrobił w swoim życiu tylu prac domowych, w dodatku też wrócił po przerwie do szermierki i... jest bardzo zmęczony- co widać, słychać i czuć. Najtrudniejsza jest dla niego jak się wydaje nie nauka w obcych językach, ale samodyscyplina, pilnowanie swoich kluczy, teczki, biletu, wyjścia na czas z domu, udźwignięcie konsekwencji siedzenia pół nocy na messengerze poprzez to, że nie da się wtedy wytrzymać w skupieniu na lekcjach od 7.30 do 16.25, itd, itd. Stawka jest wysoka, bo Stasiek wie, że jak będzie "olewał" szkołę, to będzie się musiał przenieść do szkoły państwowej. A tego Stasiek bardzo nie chce. Więc śpi, uczy się, czasem wścieka i płacze, zły na siebie, że niepotrzebnie tyle siedział na kompie, ale wstaje i idzie dalej. A szkoła w jego ocenie jest super. Wszystko mu się tam podoba, nauczyciele też. Tylko żeby tej nauki nie było aż tyle...
Z Polą było trudno na początku, bo były łzy, pożegnania, wielka tęsknota i ... wypadanie włosów. Naszej córce ze stresu związanego z przeprowadzką zaczęły bardzo wypadać włosy. To był moment kiedy na poważnie zwątpiłam w sukces tego przedsięwzięcia i po prostu załamałam się. Przybiło mnie poczucie winy. Ogromne. Okazało się, że kiedy Pola przekroczyła próg hotelu, uznała, że pokój jest przepiękny i zaczęła skakać i tańczyć z radości, a po dwóch tygodniach włosy przestały wypadać. Stało się tez coś, o czym bardzo skrycie marzyłam. Moja córka się "odblokowała". Zaczęła sama czytać, interesować się szkołą, sama chętnie robić prace domowe, (wcześniej nigdy nie robiła ich ani sama ani chętnie), coś "pyknęło". Miałam taką nadzieję, bo wiedziałam, że w Szwajcarii pierwsze trzy lata szkoły są z reguły mniej stresujące niż w polskiej szkole. Dzieci dużo się bawią i uczą przez zabawę, mają mnóstwo ciekawych projektów przyrodniczych, chodzą na wycieczki po okolicy, i uczą się bardziej "blokowo", co Poli akurat bardzo odpowiada. Zresztą ona, póki co, chodzi tylko na niemiecki, którego uczy się w osobnej, mieszanej klasie. Ma tam koleżanki i kolegów, z którymi rozmawia przy pomocy rąk i nóg- no i trochę niemieckiego z angielskim.
Sama poprosiła, żeby zapisać ją na chór i na basen. choć to dla niej językowo ogromne wyzwanie. Ale daje radę :), a ja jestem przeszczęśliwa. Od połowy października będzie chodzić po części dalej na niemiecki, a po części już na zajęcia z klasą- 2 D. Okazało się, że do tej samej klasy chodzą, lub będą chodzić jeszcze dwie osoby z grupy językowej, co ją bardzo cieszy. Do tego, ponieważ nie dostała się do świetlicy ( o świetlicach i opiece nad dziećmi w Szwajcarii napisze osobno, bo to naprawdę "inny świat"), zapisałam ją na obiady "przy kościele" trzy razy w tygodniu. Kaplica kościoła reformowanego, znajdująca się dosłownie po drugiej stronie ulicy, co szkoła, oferuje tzw. "Mittagstisch", czyli opiekę świetlicową do godz. 14.00 z obiadem. Chodzi tam mnóstwo dzieci, również z innej szkoły. Pani prowadząca tę świetlicę zdradziła nam, że na obiady  przychodzi 2 polskich dzieci. Pola nie może się doczekać, żeby je poznać :).
Już od piątku mamy dwutygodniowe ferie jesienne. Wybieramy się do Polski. Bardzo jestem ciekawa jak dzieci ten wyjazd przeżyją. Najważniejsze jednak, że robimy sobie PRZERWĘ. Myślę, że wszyscy na nią zasługujemy!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz