Czy też tak macie, że jak np. pochwalicie się przed koleżankami, że te nowe buty takie wygodne i niedrogo kupione, to wam na nie ptak nakupka, albo się porysują?
Kiedy powiecie, że to ciasto wam zawsze wychodzi, to właśnie kolejnym razem nie wyjdzie?
A kiedy, dajmy na to, rozpoczniecie z radością i spokojem dzień z wewnętrznym przeświadczeniem, że wasze dzieci w sumie świetnie sobie radzą w szkole i gdzieś bardzo głęboko poczujecie taką nutę satysfakcji, że to również, ( albo nawet przede wszystkim), dzięki waszemu zaangażowaniu, wsparciu i pomocy, to za godzinę dostaniecie automatycznie wygenerowaną wiadomość z e-dziennika, że właśnie dostało pałę z polskiego, albo innego, równie ważnego przedmiotu?
...Bo ja tak właśnie mam.
Zapomniałam, tez dodać, że prawie zawsze, kiedy wydaje mi się, że jestem taką świetnie radzącą sobie ze wszystkim mamą, wszystko zaczyna mi się walić, kiedy pomyślę sobie, że z Mężem to tak się nawet dobrze rozumiemy, (przynajmniej w pewnych kwestiach), to się jeszcze tego samego dnia, strasznie pokłócimy, kiedy dochodzę do wniosku, że już chyba zaczęłam całkiem nieźle sobie radzić z własną wybuchowością i impulsywnością, w ciągu trzech kolejnych minut któreś z moich dzieci totalnie wytrąci mnie z równowagi... i tak dalej...
A dzisiaj było tak:
Jak zwykle w sobotę zagoniłam dzieci do roboty i one jak zwykle zareagowały fochem. Z powodów niezależnych ode mnie, musiałam dzisiaj z całą trójką pojechać na zakupy. Myśląc strategicznie, od razu odpuściłam sobie robienie zakupów na bazarku na Bielanach, bo po pierwsze, zanim tam dojadę, P. zaśnie i będzie cały czas marudziła, S. będzie skakał między straganami, a ja się będę denerwować, że zaraz podepcze pelargonie, sadzonki kwiatów i secondhandowe skarby, których tam w ofercie bez liku, a J. będzie cały czas stroił miny i marudził.
Wymyśliłam więc, że zrobię zakupy w Carrefour-rze, bo wszystko jest w jednym miejscu, a na dodatek dają 10 procent zniżki na kartę Dużej Rodziny. Potem skoczę jeszcze do Castoramy, która jest na przeciwko Carrefour-a i kupię farby, no i wreszcie podrzucę je malarzom.
Dojeżdżając do domu handlowego, ustąpiłam drogę pani, trzymającej dziecko za rękę, pani się bardzo miło uśmiechnęła i była wyraźnie zaskoczona. Ja też się uśmiechnęłam i przez chwilę pomyślałam sobie, że powoli robi się jak w Szwajcarii, ludzie są dla siebie mili i zaczynają się otwierać na innych i u nas. I to był właśnie ten moment.
W środku centrum handlowego, zanim weszliśmy do samego sklepu, uprzedziłam lojalnie chłopców, że jak zaczną się kłócić, kopać albo bić, ja siadam na podłodze i zaczynam płakać. Przestanę, kiedy oni przestaną. J. zapytał asekuracyjnie, "Serio?", a ja odpowiedziałam pytaniem na pytanie, "Znasz mnie?". J. wiedział, że nie żartuję i mogę to zrobić. Obaj bardzo się pilnowali, choć przy kasie widziałam jak S. kopnął J., ale tam miałam inny, większy problem. Ale po kolei.
Najpierw, idąc główną aleją, gdzie było pełno miejsca i nie było tłoku, usłyszałam jak jakiś facet mówi do S., "A ty gdzie jesteś? To sklep jest!, Co tak skaczesz???". Spojrzałam na pana wymownie i zaczęłam się zastanawiać, co mu przeszkadza, że dziecko sobie podskakuje idąc??
Potem, szukając długo białego zmielonego sera, spotkałam wzrok pani wykładającej towar. Stałam koło serków smakowych, i dałabym sobie rękę uciąć, że to są serki twarogowe. Zapytałam panią, gdzie znajdę zmielony ser biały, a pani zaczęła na mnie krzyczeć, że ja nie umiem szukać, bo tu są sery żółte, a białe to chyba oczywiste, są dwie alejki dalej! "Czy pani tu widzi ser???", krzyczała, a ja na to, że "no tak widzę...", Pani krzyczy dalej "Ale nie biały, tu są sery żółte, Pani się na serach nie zna, nie rozróżnia Pani???" i coś tam dalej. Zatkało mnie. Mnie zatkało. To się nieczęsto zdarza. Ludzie patrzą, ja stoję na środku tej alejki, patrzę na tę panią, jak ona na mnie krzyczy i czuję się absurdalnie. Wreszcie powiedziałam, "Dobrze, rozumiem, ale czemu Pani na mnie krzyczy?". Pani krzyknęła "Nie krzyczę!", i coś tam dalej mówiła, ale już nie słuchałam, poszłam dwie alejki dalej, gdzie stali chłopcy z koszykiem, a J. dalej szukał białego sera.
Poszliśmy do kasy. Szukamy zawsze takiej specjalnej kasy dla klientów z Kartą Dużej Rodziny. Kasa była zamknięta. Podeszłam do pani we wcześniejszej kasie, która kiedy już mnie usłyszała, powiedziała, że muszę iść do kasy za kasą dla klientów z Kartą. Poszłam tam, z pełnym koszykiem i trójką dzieci, wcisnęłam się między rozwieszone kępy reklamówek, a regały z gumą i zakazanymi słodyczami, które, korzystając z zamieszania, moje dzieci bardzo usilnie próbowały nabyć, cały czas zadając prawie identyczne pytanie, zaczynające się od "A mogę...", w puste miejsce wstawiając nazwy kolejnych artykułów na tym regale się znajdujących. Pani z tej kasy, numer 39 zresztą, kazała mi przejść do kasy dla Klientów z Kartą, bo ona tu nie może mnie obsłużyć. Przeszłam. Okazało się, kiedy rozpakowałam połowę zakupów, że Pani z kasy nr. 37 powiedziała, że taśma nie działa. Pani z kasy nr. 39 poprosiła, żebym jednak przeszła do tej poprzedniej kasy. Powiedziałam, że nie przejdę , a towar będę przesuwać sama, dzieci mi pomogą. Zgodziła się. W międzyczasie nakrzyczał na nią pan z ochrony, z koszulą, na kołnierzu której napisane było "Stuart", cokolwiek miało to oznaczać.
Przy kasie okazało się, ze zapomnieliśmy zważyć ogórki gruntowe, małosolne i pieczarki, więc J. pobiegł z nimi do wagi. Wrócił i widzę, ze ma nietęgą minę. Kiedy już uporaliśmy się z taśmą, kasą i zakupami, oraz P. która bardzo chciała pomóc, wychodząc z wózka i zakleszczając sobie w nim nogę, J. powiedział, ze nigdzie na wadze nie mógł znaleźć ogórków małosolnych. Były ogórki długie, krótkie, gruntowe, ale małosolnych nie. Pan, który stał za nim cały czas powtarzał, "No długo jeszcze?", albo "Może trochę szybciej?", więc J. się zdenerwował i zważył te małosolne jako krótkie i uciekł.
Mój tata zawsze mówił "Dzieci i żony się nie chwali", a ja uważałam, że to idiotyczne powiedzonko. Teraz zaczynam inaczej o nim myśleć i rozumieć w nieco szerszym wymiarze niż ten dosłowny....
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz