Ha, zdaję sobie sprawę, że na trochę ponad 2 tygodnie przez kolejnymi wyborami w Polsce, chcąc zachować apolityczny charakter bloga, będę się musiała nieźle nagimnastykować, tłumacząc dlaczego zdecydowałam się na kolejną wyprowadzkę do Szwajcarii.
Pozornie sprawa wydaje się prosta. Mąż dostaje ofertę pracy w "bogatym" zachodnim kraju, więc rodzina, pragnąc poprawić sobie status materialny, pakuje manatki i jedzie "za chlebem" do "lepszego świata". W naszym przypadku jednak sytuacja jest troszkę bardziej skomplikowana.
Po pierwsze, nie szukaliśmy aktywnie ofert pracy za granicą. Oferta pojawiła się na początku jako dość odległa opcja, a następnie w bardzo krótkim czasie się skonkretyzowała, idąc w zupełnie nieoczekiwanym kierunku i trzeba było powiedzieć "tak" lub "nie".
Po drugie, nasz status materialny był na tyle dobry i wystarczający w Polsce (no, wiadomo zawsze może być lepszy i lepszy i tak w nieskończoność), że nie mobilizował nas do jakichś poważniejszych ruchów związanych ze zmianą pracy lub miejsca zamieszkania.
Po trzecie, w naszym rodzinnym życiu wszystko toczyło się w miarę stabilnie i w tempie pozwalającym na urlop czy krótką przerwę.
NO WIĘC PO CO WAM TO WSZYSTKO?
Ha, my sami nie wiemy po co. Ale wiemy, że nie warto mówić "nie bo nie". Nie warto bać się nowych wyzwań, warto doświadczać zmiany, nawet jeśli ma ona swoją cenę- stanie w miejscu też ma swoją cenę- pamiętajmy o tym!
Najważniejsze było jednak to, że albo RAZEM zostajemy w Polsce, albo RAZEM wyjeżdżamy do Szwajcarii.
Kiedyś, przy okazji jakichś "grubszych" przemyśleń, świadomie ustaliliśmy, że RODZINA będzie dla nas priorytetem, to, żeby spędzać czas razem, żeby to były przyjemne chwile (to jest trudne, uwierzcie mi!), żeby wykorzystać te ostatnie kilka dosłownie lat zanim dzieci pójdą w świat. Jak nie będą chciały pójść, to je wypchniemy, ale i tak w końcu pójdą. A wtedy- wtedy bazować jako rodzina możemy już tylko na tym, co udało się nam zbudować wcześniej.
Korporacje mają to do siebie, że najczęściej wiele wymagają, chcą pracownika "całego" na 120 procent, z jego pełnym zaangażowaniem i dyspozycyjnością. To niestety stoi zawsze w konflikcie mniejszym lub większym, z deklarowanymi wartościami i priorytetami. A czas ucieka. No więc tak sobie to wymyśliliśmy, że przecież czasu nie da się cofnąć i "zrobić to jeszcze raz tylko lepiej", to jest wracać wcześniej z pracy, spędzać z dziećmi wolny czas, uczyć ich najpotrzebniejszych w życiu rzeczy itd..., więc trzeba jak najlepiej wykorzystać ten, który został. A tata "weekendowy" z tego zadania wywiązać się nie da rady. Więc jeśli wyjazd, to RAZEM.
Taki wyjazd ma swoją cenę i to niemałą. Bardzo dużo trzeba zostawić, z wieloma się rozstać, nie da się zabrać domu i nowego tarasu, nawet samochód musiałam sprzedać. Książki też zostały...
Pracę w organizacji charytatywnej muszę zbudować a zupełnie innej strukturze, co nie jest łatwe, zwłaszcza przy kolosalnym zmęczeniu i braku urlopu.
Ale nie żałuję. Potrzebowałam nowego początku. Zobaczyłam dla moich dzieci nowe szanse i możliwości i one chyba też. Janek najszybciej- wiadomo, bo najstarszy. Stwierdził, że choć do matury uczyć się będzie rok dłużej, to przynajmniej będzie mógł uczyć się w wielokulturowym środowisku, w trzech językach, z praktykami w prawdziwych laboratoriach firm farmaceutycznych, w szkole, w której tak jak przedmioty ścisłe, ważne są również przedmioty artystyczne, dla niego bardzo w tym okresie życia ważne. Zobaczył szansę, okazję. Naturalnie brakuje mu przyjaciół i widać to choćby po tym, jak dużo czasu spędza na komunikatorach. Ma swoje frustracje i swoje małe sukcesy. Ale ja widzę zapał do pracy, nauki, widzę, że on zobaczył sens w uczeniu się, a nie "zakuwaniu". Doskonale dostrzega różnice pomiędzy swoim "renomowanym" warszawskim liceum, a obecnym, szwajcarskim gimnazjum (czyli liceum). Zobaczymy na ile wystarczy tego zapału. Ale coś się niewątpliwie ruszyło, bo zaczął treningi szermierki, po 5 latach przerwy i zaczął treningi biegowe. Póki co, jestem dobrej myśli.
Stasiek nie był szczęśliwy i muszę przyznać, że to Janek wykonał wspaniałą robotę, by wytłumaczyć Staśkowi jakie nowa sytuacja daje mu szanse i możliwości. Poszedł do prywatnej szkoły z wykładowym angielskim. Trochę nie mieliśmy wyjścia, bo wiek gimnazjalny to najgorszy okres dla wyjazdu do Szwajcarii i wejściu w ich system edukacyjny. To czas intensywnej "segregacji" uczniów, na tych, którzy mają pójść do gimnazjum, technikum czy zawodówki. Chcieliśmy oszczędzić mu tych stresów, zwłaszcza, że jego niemiecki nie był na poziomie pozwalającym na naukę w klasie niemieckojęzycznej. Zostałby cofnięty o rok, a tego też chcieliśmy uniknąć. Jako alternatywę w Polsce mieliśmy "owoce" deformy pani Zalewskiej i totalny chaos, zatłoczone szkoły, bałagan, ósmą klasę polegającą na uczeniu się "do egzaminu", a nie, by czegoś mądrego się nauczyć. I tak oto Stach dojeżdża do szkoły na 7.30, na dodatkowy niemiecki i angielski, chyba nigdy nie zrobił w swoim życiu tylu prac domowych, w dodatku też wrócił po przerwie do szermierki i... jest bardzo zmęczony- co widać, słychać i czuć. Najtrudniejsza jest dla niego jak się wydaje nie nauka w obcych językach, ale samodyscyplina, pilnowanie swoich kluczy, teczki, biletu, wyjścia na czas z domu, udźwignięcie konsekwencji siedzenia pół nocy na messengerze poprzez to, że nie da się wtedy wytrzymać w skupieniu na lekcjach od 7.30 do 16.25, itd, itd. Stawka jest wysoka, bo Stasiek wie, że jak będzie "olewał" szkołę, to będzie się musiał przenieść do szkoły państwowej. A tego Stasiek bardzo nie chce. Więc śpi, uczy się, czasem wścieka i płacze, zły na siebie, że niepotrzebnie tyle siedział na kompie, ale wstaje i idzie dalej. A szkoła w jego ocenie jest super. Wszystko mu się tam podoba, nauczyciele też. Tylko żeby tej nauki nie było aż tyle...
Z Polą było trudno na początku, bo były łzy, pożegnania, wielka tęsknota i ... wypadanie włosów. Naszej córce ze stresu związanego z przeprowadzką zaczęły bardzo wypadać włosy. To był moment kiedy na poważnie zwątpiłam w sukces tego przedsięwzięcia i po prostu załamałam się. Przybiło mnie poczucie winy. Ogromne. Okazało się, że kiedy Pola przekroczyła próg hotelu, uznała, że pokój jest przepiękny i zaczęła skakać i tańczyć z radości, a po dwóch tygodniach włosy przestały wypadać. Stało się tez coś, o czym bardzo skrycie marzyłam. Moja córka się "odblokowała". Zaczęła sama czytać, interesować się szkołą, sama chętnie robić prace domowe, (wcześniej nigdy nie robiła ich ani sama ani chętnie), coś "pyknęło". Miałam taką nadzieję, bo wiedziałam, że w Szwajcarii pierwsze trzy lata szkoły są z reguły mniej stresujące niż w polskiej szkole. Dzieci dużo się bawią i uczą przez zabawę, mają mnóstwo ciekawych projektów przyrodniczych, chodzą na wycieczki po okolicy, i uczą się bardziej "blokowo", co Poli akurat bardzo odpowiada. Zresztą ona, póki co, chodzi tylko na niemiecki, którego uczy się w osobnej, mieszanej klasie. Ma tam koleżanki i kolegów, z którymi rozmawia przy pomocy rąk i nóg- no i trochę niemieckiego z angielskim.
Sama poprosiła, żeby zapisać ją na chór i na basen. choć to dla niej językowo ogromne wyzwanie. Ale daje radę :), a ja jestem przeszczęśliwa. Od połowy października będzie chodzić po części dalej na niemiecki, a po części już na zajęcia z klasą- 2 D. Okazało się, że do tej samej klasy chodzą, lub będą chodzić jeszcze dwie osoby z grupy językowej, co ją bardzo cieszy. Do tego, ponieważ nie dostała się do świetlicy ( o świetlicach i opiece nad dziećmi w Szwajcarii napisze osobno, bo to naprawdę "inny świat"), zapisałam ją na obiady "przy kościele" trzy razy w tygodniu. Kaplica kościoła reformowanego, znajdująca się dosłownie po drugiej stronie ulicy, co szkoła, oferuje tzw. "Mittagstisch", czyli opiekę świetlicową do godz. 14.00 z obiadem. Chodzi tam mnóstwo dzieci, również z innej szkoły. Pani prowadząca tę świetlicę zdradziła nam, że na obiady przychodzi 2 polskich dzieci. Pola nie może się doczekać, żeby je poznać :).
Już od piątku mamy dwutygodniowe ferie jesienne. Wybieramy się do Polski. Bardzo jestem ciekawa jak dzieci ten wyjazd przeżyją. Najważniejsze jednak, że robimy sobie PRZERWĘ. Myślę, że wszyscy na nią zasługujemy!
Głupie światy- życie matki- ekspatki.
Polska, Szwajcaria, Polska, Szwajcaria, miasto, wieś, miasto- tak się przeprowadzamy raz tu, raz tam, z trójką dorastających dzieci, próbując funkcjonować jak "normalna polska rodzina" - cokolwiek miałoby to znaczyć. Normalnie jednak zwykle u nas nie jest, czasem bywa. Nudno za to nie jest nigdy.
poniedziałek, 23 września 2019
niedziela, 22 września 2019
znowu ta Szwajcaria, post wcale nie bardzo śmieszny
Znowu, w sierpniu 2019 roku, wylądowaliśmy w Szwajcarii- to znaczy- nie teleportowaliśmy się tam, nie polecieliśmy samolotem z bagażem podręcznym, ale przez kilka tygodni ciężko pracując, żmudnie pakowaliśmy nasz dobytek, albo jego część, tę bardziej przydatną do życia, po czym wysłaliśmy ją z miesięcznym wyprzedzeniem do magazynu w Niemczech, żeby potem kompletnie nie pamiętać co zabraliśmy, a czego nie.
To była najbardziej skomplikowana logistycznie przeprowadzka "ever". Dlaczego? Bo 1. od decyzji mieliśmy w sumie 7 tygodni do dnia, kiedy mój mąż miał zacząć pracę w Bazylei, 2. dzieci miały opłacone i zarezerwowane miejsca na swoich ulubionych obozach letnich i absolutnie poza dyskusją były jakiekolwiek próby zmiany ich planów, choć wakacje w Bazylei kończyły się już 12 sierpnia, a nie tak jak w Polsce, 2 września, 3. chcąc pogodzić ich i nasze priorytety, zgodziliśmy się na kuriozalne rozwiązanie dwukrotnego przejazdu z Warszawy do Bazylei, z objazdem aż pod Zakopane! 4. Po drodze dałam się okraść internetowym oszustom, więc w ramach przeprowadzki zaliczyłam jeszcze kilkugodzinne składanie zeznań na komisariacie. 5. Zamieszkaliśmy najpierw przez 11 dni w dwóch pokojach hotelowych, potem 3 tygodnie w mieszkaniu tymczasowym, w którym Janek ze Staśkiem zmuszeni byli spać wspólnie na łożu małżeńskim pod jedną kołdrą, (czyli w praktyce wyglądało to tak, że każdego ranka jeden spał pod kołdrą, a drugi bez kołdry. Zlitowałam się i wykopałam im z "torby numer pięćdziesiąt trzy" duży koc. Przetrwali), by wreszcie dotrzeć do naszego nowo wynajętego mieszkania, którego najem zgodziliśmy się opóźnić o miesiąc, narażając się na wcześniej wymienione trudności, po to, by fachowcy mogli zainstalować sprzęt kuchenny i dokonać niezbędnych poprawek. Ku naszemu zaskoczeniu odkryliśmy, że pan instalator pojawił się w mieszkaniu w dniu naszej przeprowadzki, więc kuchnia nie ma żadnego sprzętu elektrycznego, a drzwi między salonem, a biurem- też nie ma :), bo tego samego dnia pojawił się stolarz, by, jak to się mówi, zdjąć miarę :). W momencie pisania tego posta drzwi nadal nie ma, ale przynajmniej jest obietnica, że pojawią się do połowy października.
Dlaczego mieszkaliśmy w hotelu- otóż na kilka dni przed wyjazdem z Polski otrzymaliśmy wiadomość, że mieszkanie tymczasowe, które nam zaoferowano, będzie jednak niedostępne... a innych wolnych mieszkań brak. Cudownie. Mieszkałam więc w pokoju hotelowym przetrzymując pod łóżkiem kasze w pudłach, ekspres do kawy, ręczniki i inne dziwne rzeczy, które zabraliśmy z domu "ostatnim rzutem". Zanim się wyprowadziliśmy musieliśmy wyprawić naszej córce ósme urodziny. Na tydzień przed przeprowadzką. Urodziny się udały, ale kosztowały dodatkowy załadunek w aucie.
Po dwóch dniach uruchomiono kuchnię, tylko nikt nie zauważył, że... nie działa wyciąg nad kuchenką. Taki szczegół, zwłaszcza, że z kuchni wolno mi było skorzystać dopiero po kontroli elektryka. Elektryk kuchnię skontrolował, ale wyciąg przeoczył. Do dziś działam w kuchni bez wyciągu, ale zrobiłam takie zamieszanie w administracji, że jutro o 9.00 przyjdzie elektryk (już trzeci do tego samego wyciągu) i ostatecznie NAPRAWI USTERKĘ.
Ale to wszystko szczegóły, a mówiąc kolokwialnie "pierdoły". Najważniejsze, że wszyscy zdrowi, cali, w miarę zadowoleni z życia. I bardzo tęskniący. No tak- tęsknota wyziera z nas każdym porem.
Za rodziną, przyjaciółmi, sąsiadami (BARDZO!), kolegami i koleżankami. Da się ją trochę przytłumić dzięki Messengerom i Whatsapp-om ale to nie to samo. Chociaż mieszkając na skraju warszawskiej Białołęki czuliśmy się czasem chyba bardziej "z dala" od aktywnego życia towarzyskiego, niż tutaj, 1200 km od Warszawy. Jest w tym coś niezwykłego, że ta odległość tak aktywizuje, że się człowiek umawia na te kawy i ciasta i wino, kolacje i śniadania. A tak- jak jest na miejscu, to mu się wcale nie chce, "mamy czas", aż mija pięć lat, a tej kawy jak nie było tak nie ma...
Ja chyba potrzebowałam wyjechać, choć nie wiem, czy na tak długo i tak daleko. Dobrze mi tu pomimo różnych wyzwań i trudności. Miejsce znam i szczerze, to niewiele się tu zmieniło... Upajam się jazdą na rowerze, niewielkimi odległościami, bliskością urzędów, instytucji, szkół i sklepów, chodzeniem na piechotę i jazdą na odkopanej i dawno nie używanej hulajnodze... Do lekarza mam 5 minut na piechotę i jak tylko pomyślę o rejestracji w systemie Medicover i najbliższej wolnej wizycie "u lekarza na Grochowie, za 24 dni, o 8.30", (tak, zdecydowanie łatwiej było dostać się do pediatry w NZOZ-ie na Białołece, niż w prywatnym Medicoverze), to naprawdę doceniam wygodę mieszkania w niedużym mieście.
Doceniam też to, że zdecydowaliśmy się na mieszkanie. Oczywiście trzeba mieć wzgląd na sąsiadów, ale znowu trafili się nam super ludzie, w dodatku okazało się, że mamy wspólnych przyjaciół (małe miasto!), ale przy dzieciach, których całe dnie nie ma w domu, a jak są to siedzą w swoich pokojach i wychodzą tylko, gdy czują zapach jedzenia na stole, posiadanie mieszkania ma tak wiele zalet- szczególnie jeśli kopanie chwastów nie jest twoją pasją i nie lubisz poświęcać na sprzątanie domu całego dnia, choć, oczywiście za naszym domkiem tęsknię! (szczególnie za kuchnią- z wyciągiem :)).
W następnym poście spróbuję napisać dlaczego zgodziłam się na kolejny zagraniczny kontrakt mojego męża i wyprowadzkę (kolejną) do Bazylei. Tymczasem, miłego wieczoru!
To była najbardziej skomplikowana logistycznie przeprowadzka "ever". Dlaczego? Bo 1. od decyzji mieliśmy w sumie 7 tygodni do dnia, kiedy mój mąż miał zacząć pracę w Bazylei, 2. dzieci miały opłacone i zarezerwowane miejsca na swoich ulubionych obozach letnich i absolutnie poza dyskusją były jakiekolwiek próby zmiany ich planów, choć wakacje w Bazylei kończyły się już 12 sierpnia, a nie tak jak w Polsce, 2 września, 3. chcąc pogodzić ich i nasze priorytety, zgodziliśmy się na kuriozalne rozwiązanie dwukrotnego przejazdu z Warszawy do Bazylei, z objazdem aż pod Zakopane! 4. Po drodze dałam się okraść internetowym oszustom, więc w ramach przeprowadzki zaliczyłam jeszcze kilkugodzinne składanie zeznań na komisariacie. 5. Zamieszkaliśmy najpierw przez 11 dni w dwóch pokojach hotelowych, potem 3 tygodnie w mieszkaniu tymczasowym, w którym Janek ze Staśkiem zmuszeni byli spać wspólnie na łożu małżeńskim pod jedną kołdrą, (czyli w praktyce wyglądało to tak, że każdego ranka jeden spał pod kołdrą, a drugi bez kołdry. Zlitowałam się i wykopałam im z "torby numer pięćdziesiąt trzy" duży koc. Przetrwali), by wreszcie dotrzeć do naszego nowo wynajętego mieszkania, którego najem zgodziliśmy się opóźnić o miesiąc, narażając się na wcześniej wymienione trudności, po to, by fachowcy mogli zainstalować sprzęt kuchenny i dokonać niezbędnych poprawek. Ku naszemu zaskoczeniu odkryliśmy, że pan instalator pojawił się w mieszkaniu w dniu naszej przeprowadzki, więc kuchnia nie ma żadnego sprzętu elektrycznego, a drzwi między salonem, a biurem- też nie ma :), bo tego samego dnia pojawił się stolarz, by, jak to się mówi, zdjąć miarę :). W momencie pisania tego posta drzwi nadal nie ma, ale przynajmniej jest obietnica, że pojawią się do połowy października.
Dlaczego mieszkaliśmy w hotelu- otóż na kilka dni przed wyjazdem z Polski otrzymaliśmy wiadomość, że mieszkanie tymczasowe, które nam zaoferowano, będzie jednak niedostępne... a innych wolnych mieszkań brak. Cudownie. Mieszkałam więc w pokoju hotelowym przetrzymując pod łóżkiem kasze w pudłach, ekspres do kawy, ręczniki i inne dziwne rzeczy, które zabraliśmy z domu "ostatnim rzutem". Zanim się wyprowadziliśmy musieliśmy wyprawić naszej córce ósme urodziny. Na tydzień przed przeprowadzką. Urodziny się udały, ale kosztowały dodatkowy załadunek w aucie.
Po dwóch dniach uruchomiono kuchnię, tylko nikt nie zauważył, że... nie działa wyciąg nad kuchenką. Taki szczegół, zwłaszcza, że z kuchni wolno mi było skorzystać dopiero po kontroli elektryka. Elektryk kuchnię skontrolował, ale wyciąg przeoczył. Do dziś działam w kuchni bez wyciągu, ale zrobiłam takie zamieszanie w administracji, że jutro o 9.00 przyjdzie elektryk (już trzeci do tego samego wyciągu) i ostatecznie NAPRAWI USTERKĘ.
Ale to wszystko szczegóły, a mówiąc kolokwialnie "pierdoły". Najważniejsze, że wszyscy zdrowi, cali, w miarę zadowoleni z życia. I bardzo tęskniący. No tak- tęsknota wyziera z nas każdym porem.
Za rodziną, przyjaciółmi, sąsiadami (BARDZO!), kolegami i koleżankami. Da się ją trochę przytłumić dzięki Messengerom i Whatsapp-om ale to nie to samo. Chociaż mieszkając na skraju warszawskiej Białołęki czuliśmy się czasem chyba bardziej "z dala" od aktywnego życia towarzyskiego, niż tutaj, 1200 km od Warszawy. Jest w tym coś niezwykłego, że ta odległość tak aktywizuje, że się człowiek umawia na te kawy i ciasta i wino, kolacje i śniadania. A tak- jak jest na miejscu, to mu się wcale nie chce, "mamy czas", aż mija pięć lat, a tej kawy jak nie było tak nie ma...
Ja chyba potrzebowałam wyjechać, choć nie wiem, czy na tak długo i tak daleko. Dobrze mi tu pomimo różnych wyzwań i trudności. Miejsce znam i szczerze, to niewiele się tu zmieniło... Upajam się jazdą na rowerze, niewielkimi odległościami, bliskością urzędów, instytucji, szkół i sklepów, chodzeniem na piechotę i jazdą na odkopanej i dawno nie używanej hulajnodze... Do lekarza mam 5 minut na piechotę i jak tylko pomyślę o rejestracji w systemie Medicover i najbliższej wolnej wizycie "u lekarza na Grochowie, za 24 dni, o 8.30", (tak, zdecydowanie łatwiej było dostać się do pediatry w NZOZ-ie na Białołece, niż w prywatnym Medicoverze), to naprawdę doceniam wygodę mieszkania w niedużym mieście.
Doceniam też to, że zdecydowaliśmy się na mieszkanie. Oczywiście trzeba mieć wzgląd na sąsiadów, ale znowu trafili się nam super ludzie, w dodatku okazało się, że mamy wspólnych przyjaciół (małe miasto!), ale przy dzieciach, których całe dnie nie ma w domu, a jak są to siedzą w swoich pokojach i wychodzą tylko, gdy czują zapach jedzenia na stole, posiadanie mieszkania ma tak wiele zalet- szczególnie jeśli kopanie chwastów nie jest twoją pasją i nie lubisz poświęcać na sprzątanie domu całego dnia, choć, oczywiście za naszym domkiem tęsknię! (szczególnie za kuchnią- z wyciągiem :)).
W następnym poście spróbuję napisać dlaczego zgodziłam się na kolejny zagraniczny kontrakt mojego męża i wyprowadzkę (kolejną) do Bazylei. Tymczasem, miłego wieczoru!
sobota, 23 maja 2015
LEPIEJ NIE CHWAL...
Czy też tak macie, że jak np. pochwalicie się przed koleżankami, że te nowe buty takie wygodne i niedrogo kupione, to wam na nie ptak nakupka, albo się porysują?
Kiedy powiecie, że to ciasto wam zawsze wychodzi, to właśnie kolejnym razem nie wyjdzie?
A kiedy, dajmy na to, rozpoczniecie z radością i spokojem dzień z wewnętrznym przeświadczeniem, że wasze dzieci w sumie świetnie sobie radzą w szkole i gdzieś bardzo głęboko poczujecie taką nutę satysfakcji, że to również, ( albo nawet przede wszystkim), dzięki waszemu zaangażowaniu, wsparciu i pomocy, to za godzinę dostaniecie automatycznie wygenerowaną wiadomość z e-dziennika, że właśnie dostało pałę z polskiego, albo innego, równie ważnego przedmiotu?
...Bo ja tak właśnie mam.
Zapomniałam, tez dodać, że prawie zawsze, kiedy wydaje mi się, że jestem taką świetnie radzącą sobie ze wszystkim mamą, wszystko zaczyna mi się walić, kiedy pomyślę sobie, że z Mężem to tak się nawet dobrze rozumiemy, (przynajmniej w pewnych kwestiach), to się jeszcze tego samego dnia, strasznie pokłócimy, kiedy dochodzę do wniosku, że już chyba zaczęłam całkiem nieźle sobie radzić z własną wybuchowością i impulsywnością, w ciągu trzech kolejnych minut któreś z moich dzieci totalnie wytrąci mnie z równowagi... i tak dalej...
A dzisiaj było tak:
Jak zwykle w sobotę zagoniłam dzieci do roboty i one jak zwykle zareagowały fochem. Z powodów niezależnych ode mnie, musiałam dzisiaj z całą trójką pojechać na zakupy. Myśląc strategicznie, od razu odpuściłam sobie robienie zakupów na bazarku na Bielanach, bo po pierwsze, zanim tam dojadę, P. zaśnie i będzie cały czas marudziła, S. będzie skakał między straganami, a ja się będę denerwować, że zaraz podepcze pelargonie, sadzonki kwiatów i secondhandowe skarby, których tam w ofercie bez liku, a J. będzie cały czas stroił miny i marudził.
Wymyśliłam więc, że zrobię zakupy w Carrefour-rze, bo wszystko jest w jednym miejscu, a na dodatek dają 10 procent zniżki na kartę Dużej Rodziny. Potem skoczę jeszcze do Castoramy, która jest na przeciwko Carrefour-a i kupię farby, no i wreszcie podrzucę je malarzom.
Dojeżdżając do domu handlowego, ustąpiłam drogę pani, trzymającej dziecko za rękę, pani się bardzo miło uśmiechnęła i była wyraźnie zaskoczona. Ja też się uśmiechnęłam i przez chwilę pomyślałam sobie, że powoli robi się jak w Szwajcarii, ludzie są dla siebie mili i zaczynają się otwierać na innych i u nas. I to był właśnie ten moment.
W środku centrum handlowego, zanim weszliśmy do samego sklepu, uprzedziłam lojalnie chłopców, że jak zaczną się kłócić, kopać albo bić, ja siadam na podłodze i zaczynam płakać. Przestanę, kiedy oni przestaną. J. zapytał asekuracyjnie, "Serio?", a ja odpowiedziałam pytaniem na pytanie, "Znasz mnie?". J. wiedział, że nie żartuję i mogę to zrobić. Obaj bardzo się pilnowali, choć przy kasie widziałam jak S. kopnął J., ale tam miałam inny, większy problem. Ale po kolei.
Najpierw, idąc główną aleją, gdzie było pełno miejsca i nie było tłoku, usłyszałam jak jakiś facet mówi do S., "A ty gdzie jesteś? To sklep jest!, Co tak skaczesz???". Spojrzałam na pana wymownie i zaczęłam się zastanawiać, co mu przeszkadza, że dziecko sobie podskakuje idąc??
Potem, szukając długo białego zmielonego sera, spotkałam wzrok pani wykładającej towar. Stałam koło serków smakowych, i dałabym sobie rękę uciąć, że to są serki twarogowe. Zapytałam panią, gdzie znajdę zmielony ser biały, a pani zaczęła na mnie krzyczeć, że ja nie umiem szukać, bo tu są sery żółte, a białe to chyba oczywiste, są dwie alejki dalej! "Czy pani tu widzi ser???", krzyczała, a ja na to, że "no tak widzę...", Pani krzyczy dalej "Ale nie biały, tu są sery żółte, Pani się na serach nie zna, nie rozróżnia Pani???" i coś tam dalej. Zatkało mnie. Mnie zatkało. To się nieczęsto zdarza. Ludzie patrzą, ja stoję na środku tej alejki, patrzę na tę panią, jak ona na mnie krzyczy i czuję się absurdalnie. Wreszcie powiedziałam, "Dobrze, rozumiem, ale czemu Pani na mnie krzyczy?". Pani krzyknęła "Nie krzyczę!", i coś tam dalej mówiła, ale już nie słuchałam, poszłam dwie alejki dalej, gdzie stali chłopcy z koszykiem, a J. dalej szukał białego sera.
Poszliśmy do kasy. Szukamy zawsze takiej specjalnej kasy dla klientów z Kartą Dużej Rodziny. Kasa była zamknięta. Podeszłam do pani we wcześniejszej kasie, która kiedy już mnie usłyszała, powiedziała, że muszę iść do kasy za kasą dla klientów z Kartą. Poszłam tam, z pełnym koszykiem i trójką dzieci, wcisnęłam się między rozwieszone kępy reklamówek, a regały z gumą i zakazanymi słodyczami, które, korzystając z zamieszania, moje dzieci bardzo usilnie próbowały nabyć, cały czas zadając prawie identyczne pytanie, zaczynające się od "A mogę...", w puste miejsce wstawiając nazwy kolejnych artykułów na tym regale się znajdujących. Pani z tej kasy, numer 39 zresztą, kazała mi przejść do kasy dla Klientów z Kartą, bo ona tu nie może mnie obsłużyć. Przeszłam. Okazało się, kiedy rozpakowałam połowę zakupów, że Pani z kasy nr. 37 powiedziała, że taśma nie działa. Pani z kasy nr. 39 poprosiła, żebym jednak przeszła do tej poprzedniej kasy. Powiedziałam, że nie przejdę , a towar będę przesuwać sama, dzieci mi pomogą. Zgodziła się. W międzyczasie nakrzyczał na nią pan z ochrony, z koszulą, na kołnierzu której napisane było "Stuart", cokolwiek miało to oznaczać.
Przy kasie okazało się, ze zapomnieliśmy zważyć ogórki gruntowe, małosolne i pieczarki, więc J. pobiegł z nimi do wagi. Wrócił i widzę, ze ma nietęgą minę. Kiedy już uporaliśmy się z taśmą, kasą i zakupami, oraz P. która bardzo chciała pomóc, wychodząc z wózka i zakleszczając sobie w nim nogę, J. powiedział, ze nigdzie na wadze nie mógł znaleźć ogórków małosolnych. Były ogórki długie, krótkie, gruntowe, ale małosolnych nie. Pan, który stał za nim cały czas powtarzał, "No długo jeszcze?", albo "Może trochę szybciej?", więc J. się zdenerwował i zważył te małosolne jako krótkie i uciekł.
Mój tata zawsze mówił "Dzieci i żony się nie chwali", a ja uważałam, że to idiotyczne powiedzonko. Teraz zaczynam inaczej o nim myśleć i rozumieć w nieco szerszym wymiarze niż ten dosłowny....
Kiedy powiecie, że to ciasto wam zawsze wychodzi, to właśnie kolejnym razem nie wyjdzie?
A kiedy, dajmy na to, rozpoczniecie z radością i spokojem dzień z wewnętrznym przeświadczeniem, że wasze dzieci w sumie świetnie sobie radzą w szkole i gdzieś bardzo głęboko poczujecie taką nutę satysfakcji, że to również, ( albo nawet przede wszystkim), dzięki waszemu zaangażowaniu, wsparciu i pomocy, to za godzinę dostaniecie automatycznie wygenerowaną wiadomość z e-dziennika, że właśnie dostało pałę z polskiego, albo innego, równie ważnego przedmiotu?
...Bo ja tak właśnie mam.
Zapomniałam, tez dodać, że prawie zawsze, kiedy wydaje mi się, że jestem taką świetnie radzącą sobie ze wszystkim mamą, wszystko zaczyna mi się walić, kiedy pomyślę sobie, że z Mężem to tak się nawet dobrze rozumiemy, (przynajmniej w pewnych kwestiach), to się jeszcze tego samego dnia, strasznie pokłócimy, kiedy dochodzę do wniosku, że już chyba zaczęłam całkiem nieźle sobie radzić z własną wybuchowością i impulsywnością, w ciągu trzech kolejnych minut któreś z moich dzieci totalnie wytrąci mnie z równowagi... i tak dalej...
A dzisiaj było tak:
Jak zwykle w sobotę zagoniłam dzieci do roboty i one jak zwykle zareagowały fochem. Z powodów niezależnych ode mnie, musiałam dzisiaj z całą trójką pojechać na zakupy. Myśląc strategicznie, od razu odpuściłam sobie robienie zakupów na bazarku na Bielanach, bo po pierwsze, zanim tam dojadę, P. zaśnie i będzie cały czas marudziła, S. będzie skakał między straganami, a ja się będę denerwować, że zaraz podepcze pelargonie, sadzonki kwiatów i secondhandowe skarby, których tam w ofercie bez liku, a J. będzie cały czas stroił miny i marudził.
Wymyśliłam więc, że zrobię zakupy w Carrefour-rze, bo wszystko jest w jednym miejscu, a na dodatek dają 10 procent zniżki na kartę Dużej Rodziny. Potem skoczę jeszcze do Castoramy, która jest na przeciwko Carrefour-a i kupię farby, no i wreszcie podrzucę je malarzom.
Dojeżdżając do domu handlowego, ustąpiłam drogę pani, trzymającej dziecko za rękę, pani się bardzo miło uśmiechnęła i była wyraźnie zaskoczona. Ja też się uśmiechnęłam i przez chwilę pomyślałam sobie, że powoli robi się jak w Szwajcarii, ludzie są dla siebie mili i zaczynają się otwierać na innych i u nas. I to był właśnie ten moment.
W środku centrum handlowego, zanim weszliśmy do samego sklepu, uprzedziłam lojalnie chłopców, że jak zaczną się kłócić, kopać albo bić, ja siadam na podłodze i zaczynam płakać. Przestanę, kiedy oni przestaną. J. zapytał asekuracyjnie, "Serio?", a ja odpowiedziałam pytaniem na pytanie, "Znasz mnie?". J. wiedział, że nie żartuję i mogę to zrobić. Obaj bardzo się pilnowali, choć przy kasie widziałam jak S. kopnął J., ale tam miałam inny, większy problem. Ale po kolei.
Najpierw, idąc główną aleją, gdzie było pełno miejsca i nie było tłoku, usłyszałam jak jakiś facet mówi do S., "A ty gdzie jesteś? To sklep jest!, Co tak skaczesz???". Spojrzałam na pana wymownie i zaczęłam się zastanawiać, co mu przeszkadza, że dziecko sobie podskakuje idąc??
Potem, szukając długo białego zmielonego sera, spotkałam wzrok pani wykładającej towar. Stałam koło serków smakowych, i dałabym sobie rękę uciąć, że to są serki twarogowe. Zapytałam panią, gdzie znajdę zmielony ser biały, a pani zaczęła na mnie krzyczeć, że ja nie umiem szukać, bo tu są sery żółte, a białe to chyba oczywiste, są dwie alejki dalej! "Czy pani tu widzi ser???", krzyczała, a ja na to, że "no tak widzę...", Pani krzyczy dalej "Ale nie biały, tu są sery żółte, Pani się na serach nie zna, nie rozróżnia Pani???" i coś tam dalej. Zatkało mnie. Mnie zatkało. To się nieczęsto zdarza. Ludzie patrzą, ja stoję na środku tej alejki, patrzę na tę panią, jak ona na mnie krzyczy i czuję się absurdalnie. Wreszcie powiedziałam, "Dobrze, rozumiem, ale czemu Pani na mnie krzyczy?". Pani krzyknęła "Nie krzyczę!", i coś tam dalej mówiła, ale już nie słuchałam, poszłam dwie alejki dalej, gdzie stali chłopcy z koszykiem, a J. dalej szukał białego sera.
Poszliśmy do kasy. Szukamy zawsze takiej specjalnej kasy dla klientów z Kartą Dużej Rodziny. Kasa była zamknięta. Podeszłam do pani we wcześniejszej kasie, która kiedy już mnie usłyszała, powiedziała, że muszę iść do kasy za kasą dla klientów z Kartą. Poszłam tam, z pełnym koszykiem i trójką dzieci, wcisnęłam się między rozwieszone kępy reklamówek, a regały z gumą i zakazanymi słodyczami, które, korzystając z zamieszania, moje dzieci bardzo usilnie próbowały nabyć, cały czas zadając prawie identyczne pytanie, zaczynające się od "A mogę...", w puste miejsce wstawiając nazwy kolejnych artykułów na tym regale się znajdujących. Pani z tej kasy, numer 39 zresztą, kazała mi przejść do kasy dla Klientów z Kartą, bo ona tu nie może mnie obsłużyć. Przeszłam. Okazało się, kiedy rozpakowałam połowę zakupów, że Pani z kasy nr. 37 powiedziała, że taśma nie działa. Pani z kasy nr. 39 poprosiła, żebym jednak przeszła do tej poprzedniej kasy. Powiedziałam, że nie przejdę , a towar będę przesuwać sama, dzieci mi pomogą. Zgodziła się. W międzyczasie nakrzyczał na nią pan z ochrony, z koszulą, na kołnierzu której napisane było "Stuart", cokolwiek miało to oznaczać.
Przy kasie okazało się, ze zapomnieliśmy zważyć ogórki gruntowe, małosolne i pieczarki, więc J. pobiegł z nimi do wagi. Wrócił i widzę, ze ma nietęgą minę. Kiedy już uporaliśmy się z taśmą, kasą i zakupami, oraz P. która bardzo chciała pomóc, wychodząc z wózka i zakleszczając sobie w nim nogę, J. powiedział, ze nigdzie na wadze nie mógł znaleźć ogórków małosolnych. Były ogórki długie, krótkie, gruntowe, ale małosolnych nie. Pan, który stał za nim cały czas powtarzał, "No długo jeszcze?", albo "Może trochę szybciej?", więc J. się zdenerwował i zważył te małosolne jako krótkie i uciekł.
Mój tata zawsze mówił "Dzieci i żony się nie chwali", a ja uważałam, że to idiotyczne powiedzonko. Teraz zaczynam inaczej o nim myśleć i rozumieć w nieco szerszym wymiarze niż ten dosłowny....
Subskrybuj:
Posty (Atom)