piątek, 6 grudnia 2013

Śmierć frajerom. Hulajnoga

Dziś będzie o Staśkowej hulajnodzie, której...  nie ma.
A była, nawet trzy.
Pierwsza zniknęła spod budynku szkoły zawodowej przy basenie, kiedy Pola mając dziewięć miesięcy postanowiła spróbować przejść się po schodach. W tym samym czasie Paweł był w Turcji, a  ja zostawiłam samochód w garażu, w bloku, w którym wtedy mieszkaliśmy. Rodzice jednego z chłopców, który też chodził na zajęcia pływackie, zabrali nas do szpitala, żeby sprawdzić czy z Polą wszystko w porządku. Ponieważ bardzo nam się spieszyło, Pola ryczała, a hulajnoga nie chciała dać się złożyć, zostawiliśmy ją pod szkołą. Był wieczór. Na drugi dzień już jej nie było. Cóż, zdarza się, trudno, ważniejsze było bezpieczeństwo Poli.
Drugą hulajnogę kupiliśmy zaraz później, taką fajną, z dużymi kołami, podobną do hulajnogi Janka, co w przypadku Stasia ma ogromne, kluczowe wręcz znaczenie. Wartosciowe staje się wszystko, co jest takie jak ma Janek.
Druga hulajnoga, nazwę ją "tą zieloną", była z nami długo, aż pewnego dnia Stasio po raz kolejny zamiast zabrać ją do szkoły i zostawić na korytarzu, jak wszystkie dzieci dbające o swoją własność, porzucił ją na szkolnym placu zabaw. Kiedy po nią poszedł, okazało się, że jest uszkodzona, i w zasadzie nie da się już nic zrobić. Paweł wyniósł ją do naszego garażu, w którym jest już teraz chyba wszystko.
Jakiś czas Stanisław zmuszony był korzystać z mojej hulajnogi, która się mu zaczęła psuć. ???
Tymczasem, hulajnoga Janka od 4 lat funkcjonuje bez zarzutu i zupełnie nic jej nie jest...
Ponieważ moja hulajnoga ciągle się psuła, a ja bardzo nie chciałam, żeby całkiem się zepsuła, zaproponowałam, że kupię mu nową. Poszliśmy do sklepu sieci Manor, gdzie zawsze są hulajnogi. Nie łatwo było cokolwiek znaleźć, bo w miejscu, gdzie zawsze stały hulajnogi, prezentowały się obecnie narty i kijki do nich. Ale znaleźliśmy, wzięliśmy taką tańszą, na wypadek, gdyby znowu zechciała szybko się zepsuć. Przecież to jest oczywiste dla wszystkich ośmioletnich chłopców, że takie rzeczy jak hulajnoga, na przykład, psują się zupełnie same...
Poprosiliśmy pana sprzedawcę, żeby ją nam złożył, bo nie będziemy jej nieść w kartonie, jeśli można nią od razu pojechać i wypróbować, prawda?
Pan składał bardzo, bardzo długo, po czym poinformował, że nie ma takiego specjalnego klucza, żeby dokończyć składanie hulajnogi, i zapytał czy ja taki mam może w domu. Powiedziałam, najuprzejmiej jak umiałam, stojąc od kwadransa w puchowej kurtce, czapce, szaliku, swetrze i całej reszcie garderoby, ze spoconym dzieckiem w wózku, wydzierającym sie wniebogłosy, i drugim, piszczącym, że jak nie złożona, to on chce inną, w sklepie, w którym temperatura przekraczała z całą pewnością 22 st. C., ( wszyscy pracownicy chodzili w krótkim rękawku, jakież to niezwykle praktyczne, gdy na dworze jest minus 5), że jeśli to taki specjalny klucz, że Pan go nie ma w sklepie, to ja go w domu też raczej nie mam. Pan wzruszył ramionami, i poszedł do innego klienta, a ja zastanawiać się już zaczęłam, bardzo intensywnie, jak się stornuje zakup kartą i zgłasza zażalenie na obsługę klienta, kiedy pochyliłam się nad tą nieszczęsną hulajnogą i... zauważyłam, że żadem klucz nie jest potrzebny, wystarczy pokręcić taką korbką mocującą i już! Zastanawiałam się, czy przeprowadzić wśród obsługi działu sportowego krótki kurs montowania hulajnóg, ale sobie odpuściłam. Dumna i blada z własnych osiągnięć w dziedzinie montażu sprzętów sportowych, opuściłam sklep, udając się ze Stasiem i wciąż, tym razem już zdecydowanie głośniej, wrzeszczącą Polą na jazdę próbną.
To było we wtorek, pamiętam dokładnie, bo Janek ma wtedy próby w Kleinbasel, a tam ma próby tylko we wtorki. Pawel sie kiedys pomylił i pojechał po Janka w drugą stronę, do hali szermierczej. Twierdzi do dzisiaj, że nas widział, jak jechaliśmy do domu, ( bo ja przypadkiem byłam w Bazylei i stwierdziłam, że ich zabiorę, żeby się nie tłukli tramwajem. Znalazłam samego Janka, czekającego cierpliwie na tatę), ale nikt go nie widział, a on ponoć biegł za samochodem, cóż, " selber Schuld" ;-)...
W czwartek Stanisław wrócił do domu na piechotę, bez hulajnogi. Jak gdyby nigdy nic. No co? Nie ma, ktoś mi zabrał. Nie wytrzymałam, dokonałam przesłuchania, z którego wyniknęło, że owszem, najprawdopodobniej ktoś ją zabrał, ale Staś znowu zostawił ją na placu zabaw, zamiast zabrać do
szkoły. Wrócił, co prawda, jak zeznaje, po pięciu minutach, ale hulajnogi już nie było.
Poryczał się dopiero jak mu powiedziałam, że w takim razie to była jego ostatnia hulajnoga, którą mu kupiłam, jak chce mową musi sobie kupić sam, za własne pieniądze.
Po obiedzie wysłałam obu chłopców do szkoły na poszukiwania hulajnogi, kazałam odnaleźć woźnego i zapytać, czy coś znalazł, albo coś wie. Wrócili bez hulajnogi, woźny nic nie widział. Stasio obdzwonił jeszcze kolegów, ale żaden niczego nie zauważył. Dustin tak się przejął, że przyszedł dzisiaj do szkoły ze specjalną podświetlaną lupą, ale jak doniósł zaraz po naszym przybyciu, nie znalazł żadnych śladów złodzieja, jak to tej pory... poszukiwania kontynouwał będzie z grupą innych detektywów klasowych na dużej przerwie.
Pawel wkurzył się jeszcze bardziej niż  ja i jakoś wcale mu się nie dziwię...
W czasie wspólnej rozmowy Stanisław przedstawił swoją linię obrony, twierdząc, że skoro mu hulajnogę ukradziono, to nie jest jego wina, że jej nie ma i powinniśmy, a nawet musimy, bo to obowiązek rodziców, natychmiast zakupić mu nową, żeby miał czym jeździć do szkoły i na pianino.
Jan, jako oskarżyciel posiłkowy zeznał, że Staś wcale nie dba o swoje rzeczy i dlatego nie dziwi się, że znowu coś zgubił.
Wyrok zapadł w trybie natychmiastowym.
Ustaliliśmy,że przez kolejne dziesięć tygodni nie będziemy wypłacać Stasiowi kieszonkowego, a następną hulajnogę kupimy pół na pół dzieląc się kosztami.
Straszne? Chyba nie aż tak...
Śmierć frajerom...

1 komentarz:

  1. Ja tam kazałam zwrócić sobie kase za dorabianie już 4 klucza w tym roku szkolnym... Śmierć frajerom!

    OdpowiedzUsuń